Jacek Świgulski
malarstwo / rysunek

ENG

Galeria Stacja Nowa Gdynia, Łódź, Narodziny (w) pejzażu - wystawa malarstwa i rysunku

NARODZENIE (W) PEJZAŻU

 

Od kilkunastu lat śledzę drogę twórczą Jacka Świgulskiego, kiedyś – dobrze zapowiadającego się malarza, dziś – intrygującego, dojrzałego artysty. Niektóre z jego wystaw zachęcały do lektury ekspresyjnych, skrótowo ujętych kobiecych ciał z gazetowymi tatuażami, inne zapraszały do kontemplowania pejzażu. Dwa ulubione tematy artysty nigdy jednak nie pojawiały się razem – jakby było dwóch Jacków Świgulskich albo jakby w artystycznym show „Mam talent” próbował przekonać jurorów różnorodnością materiału. Ciekawe, co by się stało, gdyby oba cykle w końcu zawisły na ścianach galerii naprzeciw siebie – zastanawiałem się na którymś wernisażu. Mogłyby przeglądać się w sobie i odkrywać – za pośrednictwem publiczności – podobieństwa i różnice, powinowactwa z wyboru autora.

 

Wystawa Narodzenie (w) pejzażu jest próbą zrealizowania tego pomysłu. Zróżnicowana przestrzeń galerii w Stacji Nowa Gdynia zachęca do takich rozwiązań wystawienniczych. Monochromatyczne pejzaże (malarskie z ducha, łączące akryl z tuszami i ołówkiem) – na prawo, obrazy figuratywne – na lewo. A środkiem przechodzimy do sali, którą gdyby nie sportowo-gastronomiczne otoczenie, można by nazwać kaplicą – kaplicą pod wezwaniem rodziny. Świętej? Każda kochająca się rodzina jest w pewnym sensie święta, sama idea rodziny wyrasta ponad horyzont „codziennej lekkości bytu”. Zwróćmy uwagę, że na wystawie jedynie dwa obrazy o tytule Epizod rodzinny są zorientowane pionowo. A jeden z nich świetlistymi aureolami wprost sugeruje nawiązania do motywów sakralnych. Zróbmy zatem z niego centralny punkt tryptyku, a boczne skrzydła niech pokażą taniec na elipsie intymności, w którym partnerzy stwarzają się nawzajem. Idylla? Tylko momentami, w „złotych chwilach”. Kiedy indziej ich gesty się mijają, aureole rozsypują się deszczem świetlnych kreseczek.

 

Od czasów słynnego filmu przymiotnik jurajski kojarzy się z dinozaurami. Całe bestiarium bujne jak przyroda sprzed milionów lat. Płytkie, ciepłe morza, na lądzie dżungla, olbrzymie drzewa iglaste, wielkie paprocie – to przeszłość. Dziś jurajski krajobraz to relikty i ostańce, wspomnienie odległych czasów. Pagórki pocięte pasami skoszonych bądź kwitnących łąk, wapienne skałki przyciągające początkujących wspinaczy, linie drzew zamykające horyzont, delikatne uskoki terenu, drogi i rzeczki przecinające pole widzenia. Zastygła w łagodny sen pierwotność, na obrazach podkreślona usunięciem z kadru człowieka i wszelkich jego wytworów. Świgulski pokazuje Jurę podobną do wydm – może gdzieś w podświadomości przechował obrazy płytkich, ciepłych mórz i rodzących się kontynentów. Mimo dynamiki diagonalnych linii te malarskie szkice uspokajają, zharmonizowane przemyślaną kompozycją. Właśnie ten okiełznany, podskórny ruch łączy je z obrazami z cyklu figuratywnego. Krajobraz odpoczywa po geologicznych burzach, tak jak kobieta i mężczyzna objęci w leniwe popołudnie.

 

A pies? Może jest tylko elementem kompozycji, koniecznym dla zrównoważenia którejś ze stron (obrazu)? A może (pełno)prawnym członkiem nowoczesnej rodziny? Albo motywem rozbrajającym patos jej uwznioślania. Na pewno rozciągnięty na dywanie u stóp swoich państwa świadczy o błogim nastroju, ale też czasami denerwuje, gdy wdziera się w przestrzeń intymności i trzeba go wywabiać smakołykami poza kadr obrazu.

 

Piotr Grobliński



PLAKAT

Galeria Sztuki Stara Łaźnia, SOK, Suwałki, Wszystko dookoła - wystawa malarstwa i rysunku

W CZUŁYCH OBJĘCIACH ZDZIWIENIA

 

Skierowanie samopoznania – aktu definiującego współcześnie istotę człowieczeństwa, zastępującego religię i dręczącego koszmarem nienasycenia – na zewnątrz siebie prowadzi do doświadczania skrajnie odmiennych stanów. Z jednej strony ulegamy obietnicy dostrzeżenia własnej wyjątkowości, z drugiej – ryzykujemy konfrontacją z bolesnym faktem, że projekcja osobistych przeżyć na płaszczyznę społeczną uwypukli nasze wewnętrzne niedoskonałości.

 

Wykazując się pewną dozą samozaparcia można pohamować zapędy analityczne i zrezygnować zdekodowania duchowych instrukcji podsuwanych jednostce przez jej kontekst, unikając tym samym zatopienia we wrażeniowym chaosie. Można spojrzeć na siebie z boku dla czystej przyjemności patrzenia, bez silenia się na stawianie diagnoz, jak na skończone, stare-nowe dzieło stworzenia zacierające swą formą różnice między naddatkiem a niedoborem.

 

Cyklem Wszystko dookoła Jacek Świgulski udowadnia, że z wielką łatwością pozwala porywać się pomysłowi oglądania (a raczej: podglądania) doskonale mu znanych obrazków z możliwie jak najbardziej obiektywnego punktu widzenia, celem wyłapywania w nich zupełnie nowych struktur znaczeniowych i jakości estetycznej. Poddanie prywatnej przestrzeni ocenie publicznej stanowi dopełnienie odkrywczych uciech – inicjując grupową wojerystyczną przygodę autor i bohater w jednym w sposób dosłowny przypatruje się swojemu życiu oczami osób trzecich.

 

W tego rodzaju autoprezentacji nie mogło zabraknąć postawienia lustra tuż przed twarzą, jak najbliżej, jakby w nadziei, że odpowiednio długo pieszczona spojrzeniem tafla szkła odsłoni to, co skrywa skóra. Świgulski przygląda się licu z każdej strony, badawczo, ale nie po lekarsku, raczej jak zahipnotyzowane przez ciekawość dziecko. Dziecko o nad wyraz dojrzałej wrażliwości, które nie daje się przekupić szczegółowi i nie wbija wzroku w źrenicę czy zmarszczkę, lecz, wiedzione impulsem poszukiwacza, niecierpliwie chłonie zakamarki fizys w przekonaniu, że któryś przyniesie zaskoczenie zupełnie innej klasy. Niestety, fascynacja przeradza się w znudzenie, gdy staje się jasne, że jednostka napierana przez pustą przestrzeń sama staje się pustką – blaknie, rozpada się, zanika. By zabawa mogła trwać dalej, potrzeba oddalenia i zmiany perspektywy.

 

Fernando Pessoa, genialny apologeta potencjalności i niezdecydowania, w monumentalnej Księdze niepokoju oznajmia, że otoczenie jest duszą rzeczy. Świgulski robi humanistyczny krok naprzód i w otoczeniu odnajduje źródło ludzkiej natury. Opowieść o niej zawiązuje się w tym (nie)autobiograficznym cyklu dopiero, gdy na scenę wkracza druga postać, a wraz z nią nieskończony kosmos interakcji i zależności. Wkracza niespodziewanie, wynurzając się z głębin płótna jako byt zrośnięty z cudzym ciałem (Szeptane spotkanie i Szare wspomnienie igrzysk), by po chwili opuścić organizm gospodarza (seria Duet liryczny) i przyoblec własną cielesną powłokę. Jednostka poddana izolacji jest zastygłym erzacem samej siebie i ożywa w pełni tylko po zbliżeniu do innej istoty ludzkiej – nawet jeśli obydwie trwają w uścisku tak mocnym, że stanowią jedno, to rodzą wewnętrzne przesunięcia, drgania, nerwowość. Ruch i dyktowana nim relacyjność stanowią dla Świgulskiego najciekawszy i najbardziej wiarygodny wizjer na rzeczywistość. Wnikliwie obserwuje, jak dwoje ludzi tworzy konfiguracje, jak dialoguje rozkładając między sobą ciężar i zaznacza swoją obecność w przestrzeni, by rozpalić malarską wyobraźnię myślą, że za każdym przemieszczeniem stoi jakaś motywacja: pragnienie, nadzieja lub ból.

 

Świgulski drąży wątek i decyduje się na śmielsze eksperymenty formalne, by na ich drodze przeprowadzić próbę jak najdokładniejszego zdefiniowania emocjonalnych uwarunkowań dynamizmu. Cykl staje się jeszcze bardziej osobisty, ale Świgulski z powodzeniem balansuje między intymnym wydźwiękiem malarskich odwzorowań, a ich czytelnością. W zderzeniu z najbardziej prywatną sferą trudno jest jednak zachować reporterską rzeczowość, dlatego szybko daje o sobie znać metafizyczne zacięcie autora. Wyrażone uwiecznionym na płótnie gestem dłoni, mocnym akcentem kolorystycznym, czasem samym tytułem konkretnego dzieła sugeruje, że ludzkie interakcje skrywają coś nieuchwytnego i nienazywalnego, ale szalenie ważnego. Tam, gdzie oko nie gwarantuje percypowania rzeczywistości na satysfakcjonującym poziomie, kiełkuje spirytualizm domagający się przefiltrowania codzienności przez (w tym przypadku: orientalne) sacrum. Klisze życiowej prozy nabierają baśniowego rozmachu, pozwalającego oderwać od nich wierzchnią dosłowność i zastanowić się nad dwoistym obliczem naszych decyzji (Popołudniowa potyczka I i II), utraconymi marzeniami (Przebudzenie, Życie, którego nie było) czy doświadczaniem braku (Wyczekiwanie, Pożegnanie). A każde z doznań nieustannie prowadzi do ruchu – nawet sylwetki uwiecznione w zastygnięciu zdają się kipieć potencjałem motorycznym, który lada moment wyzwoli je z inercji.

 

Stawiając za punkt wyjścia własną mikrokulturę i stopniowo ją dekonstruując, Świgulski stara się nakreślić zespół nadrzędnych wartości dotyczących całej społeczności ludzkiej i popychających każdego z nas ku działaniu. Sceny rodzajowe pozbawione wyróżników czasowych, przestrzennych i tożsamościowych stają się omninarracją, naszą zbiorową historią, przy czym niewskazane jest skupianie się na wyobrażeniach kierunku, jaki obierze – liczy się teraźniejsza możliwość dowolnego jej kształtowania i doświadczanie zaskoczenia. W dekadzie powszechnych manipulacji niejednoznaczność jest bliższa prawdzie, niż może się wydawać.

 

Krzysztof Badowiec



PLAKAT

WERNISAŻ

EKSPOZYCJA

PRACE

Galeria Sztuki Współczesnej, CKiS, Skierniewice, Powroty - pejzaż wewnętrzny - wystawa wielkoformatowych wydruków obrazów

PEJZAŻ WEWNĘTRZNY

 

Z hierarchią tematów malarskich czas obszedł się okrutnie. Ustalony w XVII w. przez francuską Akademię Królewską porządek uznawał motywy historyczne i religijne za najważniejsze (bo związane z miarą wszystkiego – człowiekiem i jego najbardziej doniosłymi osiągnięciami). Kolejne były: portret i sceny rodzajowe (również z powodu odniesień do postaci ludzkiej). Najniższe szczeble tej drabiny przypadły pejzażowi i martwej naturze, gdyż nie były one w stanie oddać heroizmu człowieka i propagować wyższych wartości. Przewijamy historię do przodu o ponad 300 lat i okazuje się, że tematyka historyczna i religijna jest praktycznie martwa, podczas gdy pejzaż i martwa natura wciąż żyją i mają się dobrze. Można wskazać wiele przyczyn takiego stanu rzeczy. Wydaje się jednak, że w epoce sztuki wyemancypowanej, w której ceni się indywidualizm, a forma jest samoistnym uzasadnieniem istnienia dzieła, to właśnie pejzaż wyzwolony z brzemienia anegdoty – nie potrzebujący pretekstu w postaci fabuły i dydaktyki – okazuje się wciąż przepastnym poligonem doświadczalnym dla różnych koncepcji artystycznych.

 

Z poligonu tego korzysta Jacek Świgulski w swym najnowszym cyklu „Powroty”, testując zagadnienia malarskie ujawniające się w konfrontacji z bogatym krajobrazem Jury Krakowsko-Częstochowskiej i Bieszczad. W malarstwie tym na pierwszy plan wysuwa się przestrzeń. Nie powstaje ona jednak w sposób konwencjonalny. To przestrzeń, która za nic ma perspektywę albertiańską – nie pozwala liniom zbiegać się na horyzoncie, nie zagęszcza powietrza w oddali. Artysta nie próbuje więc przechytrzyć widza w sposób oczywisty, rzutując głębię na płaski ekran blejtramu. Zachowuje szacunek wobec fizycznych właściwości podłoża malarskiego, tak trafnie określonych niegdyś przez Maurice’a Denisa. Otrzymujemy kompozycje, które opierają się na układzie streficznym – wzajemnej relacji kolejnych planów i zawartych w ich ramach kształtów. Artysta oddaje sprawiedliwość naturze jako źródłu inspiracji, odnajdując w niej ukryte proporcje linii i płaszczyzn oraz niedostrzeżone zestawienia barw. Bierze sobie za cel przedstawienie na płótnie surowego, intuicyjnego obrazu przyrody, dlatego rozpościerający się przed jego oczami krajobraz sprowadza do bazowych elementów formalnych. W swej istocie świat jest geometryczny, a przynajmniej może tak być postrzegany. Oglądając te obrazy czekamy, aż pole uprawne stanie się szachownicą, a pasmo górskie – kawalkadą trójkątów. Świgulski, choć wyraźnie ciąży ku abstrakcji, nie idzie tak daleko, bo nie zadowalają go jednoznaczne rozwiązania. Jego paliwem nie jest bezwzględny radykalizm. Raczej radość eksperymentowania przy zachowaniu świadomości walorów i ograniczeń materii malarskiej.

 

Czy malując naturę uwzględniać to, co widzimy, czy to, co wiemy? Wiadomo, że widzenie jest procesem złożonym, opartym w takim samym stopniu na instrumencie optycznym, jakim jest oko, co na wiedzy, która warunkuje postrzeganie. Uprzywilejowanie jednego narzędzia oznacza stłumienie drugiego. Jacek Świgulski na linii między tymi biegunami sytuuje się bliżej oka. Jako artysta intuicyjny, obiera wrażeniowość za swego przewodnika. Nie godzi się na to, by nadmiar informacji o otaczającym świecie zmącił klarowność jego wizji. Odrzuca składniki oczywiste i zarazem niepotrzebnie komplikujące kompozycję – syntetyzuje. Pomija budynki, zwierzęta, ludzi. Skupia się na rytmie, jaki wyłania się z obserwowanego fragmentu rzeczywistości – bada jego strukturę. Podkreśla niektóre kształty – zarysowuje wzgórza i doliny, wydobywa odcinające się swą bielą ostańce, pozwala wić się rzekom i szlakom – mają one jednak za zadanie ukazać pewne ogólne zjawiska – wzory tkwiące w naturze. Na gruncie malarskim zaś bytują, w służbie podziału, płaszczyzny.

 

Uproszczone płótna zostawiają miejsce na oddech, oddziałują na wyobraźnię barwą. Kolor mówi o temperaturze powietrza, sugeruje porę dnia i roku. Czasami całą opowieść pointuje zwięzłe pociągnięcie pędzla – czerwony odblask zachodzącego słońca w rzece lub jaśniejsza linia horyzontu między ciemnym granatem nieba i ziemi. Niekiedy otrzymujemy zaledwie sugestię jakiegoś faktu przyrodniczego. Resztę musimy dopowiedzieć sami. Odnalezienie się w tym malarstwie wymaga pewnej dozy samodzielnego (i abstrakcyjnego) myślenia. Jacek Świgulski nie serwuje nam pocztówkowych truizmów na temat najpiękniejszych zakątków Polski. Odwołuje się do naszego doświadczenia, zdolności rozpoznawania zjawisk, a przede wszystkim do wyobraźni, która – jak w muzyce – dookreśli obserwowane zdarzenia lub odczyta je na nowo.

 

W obrazach Jacka Świgulskiego nie o same widoki chodzi, lecz o sposób postrzegania natury. Artysta malując uzewnętrznia odczucia – zarówno te, które wywołuje kontakt z przyrodą, jak i te towarzyszące  mu podczas procesu twórczego. Tym samym uczy nas przeżywać krajobraz i przestrzeń w nowy sposób. Wiele mówi się o tym, jak bardzo natura inspiruje sztukę, zapominamy jednak, że ten mechanizm działa w obie strony. Sztuka inspiruje naturę. Tworzy przecież język wizualny wpływający na naszą percepcję. Z obrazów i zdjęć uczymy się dostrzegać estetyczne aspekty otaczającego nas świata. Oscar Wilde przypisywał Jamesowi Whistlerowi „wynalezienie” mgły. Towarzyszyła ludziom przez wieki, ale faktycznie zobaczyli ją dopiero dzięki sztuce. To oczywiście przykład malarstwa wagi ciężkiej. Jednak podobnych odkryć (nieważne w jakiej skali) można dokonywać wiele, na własną rękę, w kontakcie z tą, czy inną twórczością – mam tu na myśli zarówno artystów, jak i odbiorców. Dlatego malarstwo krajobrazowe – dzięki otwartości na wrażeniowość i subiektywizm – zawsze będzie miało nam coś jeszcze do przekazania. Nie jest przecież jedynie opowieścią o naturze, ale o jej doświadczaniu. Tę właśnie zaletę Jacek Świgulski wykorzystuje w swoim najnowszym cyklu. Przenosząc na płótno obraz otaczającego go świata, maluje jednocześnie pejzaż wewnętrzny.

 

Paweł Jagiełło



PLAKAT

WERNISAŻ

EKSPOZYCJA

PRACE

Udostępnij